niedziela, 3 lipca 2011

Heineken Open'er Festival – dzień trzeci


Dzisiaj krótko, bo festiwal zbliża się ku końcowi, który organizatorzy obsadzili najgęściej.

Sobota to przede wszystkim "złoty książe" na Main Stage. Prince udowodnił, że jest supergwiazdą największego formatu. Spełnił wszelkie pokładane w nim oczekiwania a Opener doświadczył kolejnego występu, który może przejść do historii festiwalu. Prince dwoił się i troił, tańczył jak szalony w złotym, błyszczącym uniformie, zachowując jednak przy tym wszystkim swój chłodny dystans. Tracił go z czasem, żywiołowo reagując na rozkręcającą się z piosenki na piosenkę publiczność.
Co więcej, w obliczu końca występu Prince zdawał się być autentycznie wzruszony. Nie chciał zejść ze sceny, krzyczał łamiącym się głosem "I don't wanna go home!" Chwalił zgromadzonych fanów na wszelkie możliwe sposoby. I wszyscy poczuli się piękni i fantastyczni, naprawdę.
Książe właściwie sam podsumował swój występ najtrafniej, mówiąc przed pierwszymi bisami: "This is real music, by real musicans. Thank you good night!"
Jedynym słabym momentem było przedziwnie zaaranżowane, przez co niemal nie do zniesienia wykonanie 'When The Doves Cry'. I następująca po nim dziesięcio-niemal-minutowa wariacja na temat elektroniki. Przedziwne.
Trochę irytowało też angażowanie publiczności w niekończące się klaskanie. Prince był zachwycony, gorzej z tymi fanami, dla których słuchanie nie kończącego się, nierównego uderzania o siebie rękami nie jest szczytem radości. Jak bardzo trudno jest trzymać rytm?
Wybór piosenek był trafny, wizualizacje słabiutkie ale kogo obchodzą jakieś ekrany, kiedy na scenie jest Prince?

Przed największą gwiazdą na Main Stage zaprezentował się Primus. Był to zespół, którego występu oczekiwały przede wszystkim tłumy łatwych do rozpozniania,  charakterystycznych fanów projektu. BOLD Magazine uważa, że ściągnięcie Primusa było ukłonem w stronę właśnie tych osób, bo eklektyczna muzyka proponowana przez Lesa Claypola nie należy do najprostszych w odbiorze. Ci, którzy Primusa nie znali mogli przynajmnie sprawdzić jak można grać na basie. Technicznie jeden z najlepszych koncertów tegorocznej edycji, mógłby tylko trwać nieco dłużej. I odbyć się po zmroku.

Na uznanie zasługuje też Kate Nash, która na scenie namiotowej pokazała, że ma w sobie dużo więcej niż udało jej się dotychczas zaproponować na wydawnictwach studyjnych.

Dobrze podobno wypadli też The Asteroids Galaxy Tour.

Na koniec wszystkiego tym razem nie Burn Beat a World Stage, ze spóźnionym niemal dwie godziny występem połowy składu Outkast. Big Boi jednak tych najwytrwalszych nie rozczarował, pokazując, że i bez Andre 3000 radzi sobie doskonale. Prawdziwy rap najwyższej kategorii, jeden z najlepszych hip hopowych występów na tym festiwalu.

Pozytywnie też Snowman, super-późno w Alter Space.

Deszcz ciągle nie pada i jest duża szansa, że BOLD Magazine zaliczy dzisiaj wszystkie zaplanowane występy. Czekajcie na ostatnią relację!

Tekst: Michał Kwiatkowski
Zdjęcie: A. Rawicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz