piątek, 1 lipca 2011

Heineken Open'er Festival – dzień pierwszy


Jest już na tyle późno, że słowem wstępu należy napisać raczej "zaraz zacznie się drugi dzień Openera" niż "zakończył się pierwszy". Co nie zmienia faktu, że tak właśnie było. Dziesiąta edycja Polskiego naj-festiwalu już trwa, wszystko tętni życiem jakby nawet na moment nie przestało. Z Openerem jest trochę jak z dawno nie widzianymi przyjaciółmi - oto spotykacie się i mimo, że nie widzieliście się od roku, jest tak naturalnie i w porządku jakby od waszego ostatniego spotkania minęło piętnaście minut. Jest jeszcze więcej, jeszcze głośniej, jeszcze częściej. Mnóstwo zestawów kompletnych rodzin, z tatusiami w koszulkach aktualnej edycji. Nie brakuje przedstawicieli innych krajów, którzy tradycyjnie imprezują najmocniej. Piękni ludzie w fantazyjnych kreacjach. Jest miło i pełno, chociaż na festiwal zawitało wizualnie mniej ludzi niż przed rokiem, widać to najwyraźniej na polach namiotowych i parkingach.

Co na scenach?


Na dużej po otwierających Pustkach trochę Nowego Jorku. W setliście smutnego The National poza bardziej znanymi smutnymi utworami pojawiły się też inne, mniej znane smutne utwory. Bardzo smutno, najbardziej.

Fat Freddys Drop grali reggae z trąbkami.

Caribou bardzo monotonnie ale raczej na plus, niemniej szeroko reklamowana psychodelia występu od strony wizualnej zaczynała się i kończyła na telebimach z mało powalającymi wizualizacjami. Dobrze na scenie prezentuje się za to niecodzienne ustawienie muzyków. Bez przytupu jednak. Trudno się oprzeć wrażeniu, że mimo tej zobowiązującej rocznicy organizatorzy wcale nie poczuli się zobowiązani dostarczyć przyzwoitego kopa. I jest dość melancholijnie i spokojnie a dzieci dubstepów jak już raz usłyszą taki bas... Wszyscy czekają na Deadmau5a.

Usypiało też Twilight Singers ale Greg Duli to człowiek, którego warto sprawdzić w każdej odsłonie. Simian Mobile Disco w skali i roli znacznie przewyższającej możliwości projektu. Mniejszą przestrzenią gospodaruje lepiej.

Rodzime LODY bardzo równo, w dobrej formie, z oprawą doskonale wpisującą się w charakter sceny, na której wystąpili. Super rękawy, tańczący człowiek i możliwości wokalne pani z mikrofonem. Gdzieś tam czai się hicior, czas pokaże.

Two Door Cinema Club podobno „bez szału ale w porządku, tańce tańce”.

A no i było jeszcze:

"I was scared I was scared, tired and under prepared. Crossed lines I shouldn't have crossed I was lost, oh yeah.
Oh and I'm waiting 'til the shine wears off. If you love me won't you let me know?
Don't you shiver, I hear Jerusalem bells a ringing that lights will guide you home and I will try to fix you.

How long must you wait for it?
It's such a shame for us to part.

Nobody said it was easy and it was all yellow."

Oni mają naprawdę dobrą sekcję rytmiczną. I milion hitów. I są aktualnie, bez cienia wątpliwości, wielcy.

Zaraz Pulp i Foals. I trzydzieści innych zespołów.
Trzymajcie się zatem dzielnie w swoich miastach i żeby nie było wam smutno, to tutaj pada poważny deszcz a każdy wie, że koncerty w deszczu są fatalne.

do jutra :*


tekst: Michał Kwiatkowski
zdjęcia: Tomek Kaminski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz